Jestem całkiem zielona

Debiut ekranowy Björk przyniósł jej Złotą  Palmę w Cannes. Tyle że najprawdopodobniej pierwszą i ostatnią. Nim ekscentryczna Islandka   odebrała nagrodę, zdązyła szczerze znielubić plan filmowy i parę innych rzeczy.

Najnowszy film  von Triera odniósł spektakularny sukces, ale rodził się w bólach. Doświadczenia  Björk są pod tym względem jednoznaczne - kręcenie filmu było dla niej jedną wielką katastrofą. Zupełnie nie układało jej się z reżyserem, cały czas odnosiła się do niego z dużym dystansem.

Skąd się wzięło u ciebie tyle rezerwy na planie?

Przede wszystkim nie była w stanie anie też nie chciałam nosić na sobie roli jak drugiej skóry. Ja umiem jedynie wcielić się, utożsamić z postacią, którą gram, zdać na bezlitosną konfrontację z jej bólem i smutkiem. Inaczej nie potrafię, zapewniam. Moja gra całkowicie opiera się na instynkcie. Nie znam ani języka, ani logiki, jaką się kierują aktorzy zawodowi. Często identyfikowała się z Selmą do tego stopnia, że fizycznie odczuwałam chorobę.

I szłaś na zwolnienie?

By dojsć do siebie, musiałam się wyizolować. Zajmując się muzyką, przywykłam do pracy w niewielkich zespołach ludzi. W studiu mam do czynienia z jedną, dwiema osobami, które znam od lat i którym ufam. Czuję się wtedy bezpiczna, wiem, że nie zagraża mi wielki, zły świat. Z reżyserami wideoklipów pracuje się na niewielką skalę, to robota kameralna. W filmie jest zupełnie innaczej - na planie są bez przerwy tłumy. Każdego ranka, gdy tylko się budzę, znowu mam to wszystko przed oczyma. Może tego nie widać, ale ja jestem bardzo introwertyczna. Od początku byłam święcie przekonana, że potrafię napisać muzykę, która będzie wyrazem wizji Larsa von Triera, ale wiedziałam również, że aktorstwo nie jest moim przeznaczeniem.

Po co się więc na to zdecydowałaś?

Nalegał reżyser. Ostrzegałam go kilka razy, że aktorstwo jest nie dla mnie, że na tym polu nie mam żadnych ambicji. Co więcej, przeczuwałam, że jeśli wezmę rolę Selmy, zdradzę muzykę. Kiedy pojawiła się groźba przerwania zdjęć , zatrzymania produkcji filmu, nie mogłam uwolnić się od desperackiej myśli, że stracę Selmę i jej muzykę. Zdążyłam już ją polubić i postanowiłam walczyc o jej los.

Dlaczego von Trier tak bardzo uparł się na ciebie?

Nie wiem. Nie śmiałam nawet zapytać. Bez wątpienia dostrzega we mnie ekscentryczkę. Selmę otacza kilka osób, które się z niej nabijają, traktują jak obcą - zupełnie tak samo ja jestem traktowana w świecie pop-kultury. Jesli się sprzedało dużo płyt, oczekują od człowieka różnych dziwnych rzeczy. A ja tych oczekiwań nie spełniam.

Z premedytacją uciekasz od rutyny?

Od rzeczywistości. Prawdopodobnie dlatego, że piosenka   daje mi poczucie większego luzu niż życie z dnia na dzień. Zarówno Selma, jak i ja szczególnie upodobałyśmy sobie świat marzeń. Spiew i komponowanie dają mi silne poczucie bezpieczeństwa. O ile ze światem muzycznej abstrakcji jestem zaznajomiona, to realni ludzie potrafią mnie wystraszyć. Po prostu dlatego, że są nieobliczalni.

Czy są jakieś różnice między tobą a Selmą?

Ona jest chyba bardziej naiwna. Uważa, że życie może być jednym długim musicalem. Ja już tak nie myślę.

Nie da się ukryć, że media nieźle sobie na tobie używają. W telewizyjnych programch satyrycznych i magazynach pełno żartów o tobie. Jesteś przedstawiana jako postać bajkowa...

Wiem. Ale zupełnie mi nie przeszkadza, że ludzie się ze mnie śmieją. Już w dzieciństwie brali mnie za odmieńca. Szczerze mówiąc, było mi z tym dobrze. Ja w ogóle mam skłonność do traktowania siebie zbyt poważnie, gdy więc ktoś obiera mnie za obiekt kpin, jest to dla mnie w pewnym sensie pożyteczne; działa jak terapia.

Czy rzeczywiście jesteś tak drażliwa i ekscentryczna, jak to przedstawia prasa?

Nie wiem. Zastanawiam się, skąd takie opinie biorą i jak się to dzieje, że zaczynają żyć własnym życiem. Podobnie z moją rzekomą ekscentrycznością. A w ogóle - czy są na tym świecie jacys normalni ludzie? Trafiłeś kiedyś na normalnego człowieka?

Chyba tak...

Zapewniam cię, że wszystkim, którzy sprawiają wrażenie normalnych, brakuje kilku klepek.

Wróćmy do filmu. Czy rzeczywiście nie masz pojęcia, jak Lars von Trier wpadł na pomysł, by zwrócić się do ciebie?

Powiedział, że zafascynowały go dziwne twarze w moim klipie "It's oh so quiet". Przypominały mu o swobodzie wyrazu artystycznego free jazzu. Tak się złożyło, że jego propozycja dotarła do mnie w najbardziej odpowiednim momencie. Miałam właśnie za sobą trzy albumy - na każdym obnażałąm swoją duszę, pomyślałam więc, że to idealna chwila na zmianę i napisanie muzyki o Selmie. Z drugiej strony byłam wyczerpana emocjonalnie ciągłym poszukiwaniem ideału piosenki. Czułam, że powinnam naładować swój twórczy akumulator, oddając się na usługi komuś innemu.

Czyli o wszystkim zadecydowała autorefleksja...

Właśnie. Gdy człowiek zaczyna wgryzać się w swoją psychikę, na ogół kończy w ślepym zaułku. Ja nie jestem typem samotniczki. W końcu mam już 34 lata i prawdę mówiąc spędziłam więcej czasu z muzyką napisaną przez innych niż własną. A z muzyką filmową miałam same miłe wspomnienia - jeszcze z czasów mojej kariery z zespołem Sugarcubes. Wtedy byłam bez przerwy skupiona na innych ludziach. W gruncie rzeczy wolę to od pracy solowej.

Nie czułaś się ograniczona pisaniem na potrzeby scenariusza?

Kiedy komponuję, w żaden sposób nie czuję się ograniczona. Mimo, że akcja "Tańcząc w ciemnościach" rozgrywa się w latach 60., a musical jest bardzo nostalgiczny, mimo że Selma ma obsesję na punkcie Hollywood, ja i tak chętnie sięgam po rytmy techno. Moja muzyka ma wyrażać jej fantazje. W filmie ona jest jedyną osobą, która potrafi słuchać muzyki; wszystko rozgrywa się w jej głowie.

Jak reżyser zareagował na twoją muzykę?

On o muzyce wie bardzo mało, więc początkowo dał mi całkowitą swobodę. dostawałam parę linijek tekstu, który nazwał "Manifestem Selmy" i miał mi służyć za przewodnik. Na moje kompozycje reagował różnie. Niektóre rzeczy odpowiadały jego romantycznemu nastawieniu, innych całkowicie nie akceptował - i wyrażał to z całą bezwzględnością. Bez przerwy byliśmy w konflikcie na punkcie muzyki i ciągle musiałem walczyć o swoje.

Wygląda na to, że von Trier, podobnie jak ty, potrzebuje konfliktu do optymalnego funkcjonowania?

Rzeczywiście, bez przerwy darliśmy koty, bo i on, i ja jesteśmy bardzo uparci. Pierwszy utwór, jaki napisałam do filmu, odrzucił, ponieważ jego zdaniem nie włożyłam w ten kawałek dostatecznie dużo uczucia. A ja,wyobraź sobie, pisząc go, prawie płakałam. Tarcia między nami brały się stąd, że   obydwoje jesteśmy perfekcjonistami.

A jak go oceniasz jako twórcę?

Przed "Tańcząc w ciemnościach" nie widziałam żadnego jego filmu. Kiedy padła propozycja, obejrzałam "Przełamując fale" i strasznie mi się spodobało. Moim zdaniem to jedna z najlepszych rzeczy ostatniego dziesięciolecia.

Co cię tak zachwyciło?

Jego sposób przedstawiana kobiet. Kobiet, które poświęcają się dla miłości. Także to, że jest uczciwy i prawdziwy w swoich filmach. Ma odwagę być inny, a jeśli chodzi o emocje, nie znosi kompromisów. Tam, gdzie inni starają się je stłumić, on popuszcza im wodze. W jego filmach kryje się magia. Ogladając "Przełamując fale", nie mogłam usiedzieć na miejscu. Chodziłam po pokoju z kąta w kąt. Nigdy przedtem coś takiego mi się nie przydarzyło. Potem poczułam szaleńczą radośc, aż w końcu uświadomiłam sobie, że inni ludzie odczuwają równie silne emocje, jak ja i że nie jestem aż takim wyrzutkiem. Wszyscy staramy się ukrywać emocje, tak już jest urządzony ten świat.

A jakie uczucia ty skrywasz?

Na szczęście mam wielu przyjaciół z młodości, przed którymi jestem całkowicie otwarta emocjonalnie. Kiedy pracuję z obcymi, rzeczywiście się nie odsłaniam.

Czy to odnosi się do wszystkich, bez względu na to, co robią?

W pracy nigdy nie jestem sobą. Tylko gwiazdy powinny być sobą w pracy. To głupie, sam przyznasz.

Jaką rolę w twoim życiu odegrały musicale filmowe?

W dzieciństwie oczywiście widziałam kilka; dobrze pamiętam na przykład "Olivera". U mnie w domu chodziło się do kina najwyżej trzy, cztery razy do roku, najczęściej na filmy z Peterem Sellersem i produkcje Disneya. Muzyka dominowała tak bardzo, że na inne rzeczy prawie nie było miejsca. Kinem zainteresowałam się później i dopiero teraz nadrabiam zaległości. Po przyjęciu propozycji "Tańcząc w ciemnościach" musiałam więc najpierw solidnie się przygotować, bo wszystkie musicale, które lubi Selma, były mi obce, nie miałam o nich zielonego pojęcia. Lars von Trier pokazał mi filmy muzyczne z lat 60. z Catherine Deneuvem z którą gram w tym filmie. "Parasolki z Cherbourga" zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Lubisz muzykę filmową?

Gdy byłam dzieckiem, często śniło mi się, że uderzam łyżeczką w stół, a wszyscy wkoło podrywają się do tańca, zaczynają śiewać. To, co wygrywałam łyżką, podobało mi się dużo bardziej od partii smyczkowych, "przyklejonych" do mnóstwa filmów. W moim śnie wszyscy byli zaczarowani, zupełnie nie przypominali gwiazd ekranu. Ścieżki dzwiękowe nigdy mnie nie interesowały. Współpraca między kompozytorem a reżyserem jest znikoma - jakby się w ogóle nie znali. Całkowicie brak między niemi chemii. Z chwilą, gdy powiedziałąm Larsowi von Trierowi "tak", poświęciłąm się filmowi bez reszty. Wiedziałam, że to jedyny film muzyczny, jaki zrobię w życiu.

Czy ścieżkę dzwiękową do "Tańcząc w ciemnościach" uważasz za swój czwarty album czy też jako rzecz uboczną?

Ani jedno, ani drugie. To zupełnie odrębne przedsięwzięcie. Mogę cię jednak, że pracowałam nad nią ciężej niż nad którymkolwiek z moich albumów solowych; to przedsięwzięcie nie mieści się w świecie Björk.

Wróćmy do aktorstwa. Kiedy się ogląda twoje wideoklipy, łatwo o wrażenie, że lubisz grać.

Klipy nie mają nic wspólnego z aktorstwem. Ja - to moje piosenki, więc te filmiki są w pewnym sensie przedłużeniem mojej muzyki. Bez niej gubię się kompletnie. To samo dotyczy tańca. Wszystko, co wiąże się z muzyką i tańcem, jest dla mnie czystą rozkoszą. Mierzi mnie porozumiewanie się za pomocą słów. Czasami sprawia mi to trudność w zwykłych sytuacjach życiowych. Dużo lepiej rozumiałabym ludzi, gdyby komunikowali się przez muzykę, a nie mowę.

Co dały ci trzy lata pracy nad "Tańcząc w ciemnościach"?

Dziś wiem na pewno, że muszę pozostać wierna muzyce. To dar niebios, dzięki któremu zarabiam pieniądze i który nadaje sens mojemu życiu. Muszę być webec niej lojalna, nie powinnam jej zbyt często zdradzać. Przez te trzy lata wiele dowiedziałam się o technicznej stronie muzyki. Z wokalistki śledzonej bez przerwy przez fotografów przeistoczyłam się w kompozytork, przesiadującą w studio nagraniowym i otoczoną przez komputery. Zaczęłam zgłębiać swą profesję. Możesz mi wierzyć albo nie, ale ten czas był mi potrzebny na uświadomienie sobie, że... wciąż nic nie wiem o muzyce. Nadal jestem całkiem zielona. Tę refleksję zawdzięczam Larsowi von Trierowi i za to mu dziękuję.

specjalnie dla URODY zanotował Paul Hegeman/IFA

URODA nr 10/2000

uroda.gif (8244 bytes)

Dziękuje redakcji Urody za zezwolenie na opublikowanie powyższego artykułu.