Dźwięki to życie, cisza to śmierć

Ten film jest wielką prowokacją, jak całe kino Larsa von Triera. Sam twórca nazywa go trzecią częścią "Trylogii o Złotym Sercu", na którą składają się także jego poprzednie obrazy "Przełamując fale" i "Idioci". "Tańcząc w ciemnościach" łączy z tamtymi filmami przede wszystkim temat - opowieść o ofierze.

Bohaterką nowego filmu Triera jest czeska emigrantka, która w latach 60. trafia do Stanów z 12-letnim synem. Selma traci wzrok, ale nie przyznając się do tego, pracuje jako robotnica przy maszynach. Ciuła pieniądze na operację syna obciążonego tą samą chorobą. Selma jest dobra, prosta i naiwna, świat wokół niej - podobnie. Jednak tylko do pewnego momentu. Bo w jednym dniu, właśnie tym, w którym ma zapłacić lekarzowi za operację, wszystko wokół niej się wali. Dochodzi do tragedii, w obliczu której Selma jest gotowa do najwyższego poświęcenia.

Ta czeska emigrantka ma w sobie coś niezwykłego, chwilami przypomina łódzką szwaczkę - bohaterkę jednego z dawnych reportaży Hanny Krall. Żyje jak w kieracie, pracuje ponad siły, a jednak wszystko wokół staje się dla niej źródłem radości - bo właśnie zarobiła kilka dolarów przybliżających operację syna, bo w coraz dotkliwiej ogarniających ją ciemnościach usłyszała piękny dźwięk, a wreszcie dlatego, że każda chwila przynosi jej muzykę i taniec - wspomnienie musicalowych scen, które kiedyś widziała w kinie, a które w swej wyobraźni przetwarza w sztuczny, lepszy świat. Świat, który nie jest ucieczką, lecz integralną częścią jej osobowości.

Von Trier opowiada historię zwykłej, prostej kobiety, przeżywającej wielki dramat osobisty, a potem tragedię. Prowokacja polega na tym, że proponuje widzom musical. Pogodny, sympatyczny gatunek stworzony do opowiadania o miłości i przygodzie. A jednak w "Tańcząc w ciemnościach" śpiew i taniec nie są dysonansem, mają uzasadnienie: świat coraz słabiej widzącej kobiety traci kształty i barwy, zaczyna zawężać się do dźwięków. Dla Selmy dźwięki to życie. Cisza to ciemność, pustka, śmierć.

Dźwięki są także źródłem radości. Wspomnieniem czegoś w życiu Selmy najpiękniejszego - ciemnej kinowej sali, w której oglądała filmy pełne śpiewu i tańca. Teraz stukot tkalni, świst przejeżdżającego pociągu, odgłosy sali sądowej - wszystko układa się w głowie Selmy w sceny musicalowe, nabierając sztuczności i nierealności. Jakby von Trier chciał zapytać i o to: gdzie kończy się realizm, a zaczyna kreacja? I czym jest prawda? Jak do niej dotrzeć?

W "Tańcząc w ciemnościach" Lars von Trier dokonał karkołomnego wyczynu - połączył pogodne, musicalowe sceny z rozgrywającą się na naszych oczach tragedią. Zmieszał naturalistycznie pokazaną rzeczywistość z bajką. Zagrał na uczuciach widzów, na ich wzruszeniu, nieustannie balansując na granicy, poza którą zaczyna się już taniość i sentymentalizm. Ale chyba raz tylko w całym filmie tę granicę na chwilę przekroczył.

W swoim ostatnim obrazie twórca Dogmy odszedł bardzo daleko od manifestu z 1995 roku. Może to jeszcze jeden dowód, że Dogma już spełniła swoją rolę, zwracając uwagę na inność kina europejskiego, a teraz twórcy zaczynają z niej wyrastać. "Tańcząc w ciemnościach" to świetna filmowa robota, wykorzystująca wszelkie zdobycze filmowej techniki. Ale i tak najważniejsza jest w tym obrazie kreacja islandzkiej piosenkarki Björk, która swojej Selmie dała naiwność dziecka. Dała jej kruchość i słabość, a jednocześnie upór i siłę.

Lars von Trier znów zrobił film o ofierze i poświęceniu, ale także o przyjaźni, miłości, o marzeniach. I o nieadekwatności wszelkich osądów i wyroków.

"Tańcząc w ciemnościach" to obraz-prowokacja. Można się nim zachwycić, można go odrzucić. Nie można obok niego przejść obojętnie.

Barbara Hollender Rzeczpospolita 19.10.2000

Dziękuję redakcji 'Rzeczpospolitej' za zezwolenie na opublikowanie tego artykułu