wywiad: Björk

Szczera rozmowa z islandzką piosenkarką o trudnej współpracy z Larsem von Trerem, najnowszej płycie, o tym za co nie lubi Anglików i jak czuła się w Cannes wśród plastikowych gwiazd.

   Gudmundsdottir - nazwisko Björk - brzmi równie egzotycznie jak jej piosenki i przywodzi na myśl postać pochodzącą z odległej krainy. "Czarodziejka", "Alicja z krainy czarów", "Anioł" - piszą dziennikarze o filigranowej brunetce, która ze swoją pyzatą buzią i lekko skośnymi oczami bardziej przypomina dziecko niż kobietę. Sama artystka przyznaje, że od dzieciństwa uchodziła za odmieńca, lubiła i nadal lubi samotność, a dzieci przezywały ją "chinagirl".
   Björk (w języku islandzkim brzoza) urodziła się 21 listopada 1965 roku w Reykjaviku i od szóstego roku życia grała na skrzypcach oraz flecie. Już jako jedenastoletnia dziewczynka wydała pierwszą płytę, na której poza jej własną piosenką znalazły się utwory m.in. Steve Wondera i Beatlesów. Trzy lata potem z pomarańczowymi włosami na głowie waliła w bębny punkowego zespołu Spit and Snot, który założyła wraz z koleżankami. Do dzisiaj ma sentyment do pomarańczowego koloru, którym otacza się, gdy zaczyna jej brakować energii. To także kolor, który symbolizuje jej oryginalność, skłonność do ciągłych eksperymentów muzycznych i niezależności od reguł rządzących rynkiem muzycznym. Nastoletnia panna Björk (dla przyjaciół Babsi) zmieniała zespoły jak rękawiczki (grała jazz i pop), wiążąc się na dłużej z alternatywnym K.U.K.L. oraz jego gitarzystą, z którym ma czternastoletniego dziś syna Sindri. Pierwszy sukces przyszedł wraz z zespołem Sugarcubes, który dał ostatni koncert w 1992 roku, odbywając wcześniej tournée z U2. Bono, słysząc dźwięki dobiegające z garderoby Björk, powiedział potem: "Ta dziewczyna ma głos jak stal". Artystka miała 27 lat, gdy zdecydowała: dosyć wspólnego śpiewania. Przeniosła się z synem do Londynu i tam nagrała "Debut", który sprzedał się w dwóch i pół miliona egzemplarzy. Następny solowy album "Post" przyniósł jej w 1995 nagrodę MTV dla najlepszej wokalistki roku, a "Telegram" (1996) i nagrany w Hiszpanii "Homogenic" (1997) spotkały się z równie entuzjastycznym przyjęciem. Oryginalność muzyki Björk oddają genialne, wielokrotnie nagradzane teledyski, w których wokalistka wyglada wręcz zjawiskowo. Lars von Trier przyznał, że Björk zaintrygowała go po raz pierwszy właśnie gdy oglądał jej klip "It's Oh So Quiet". Od tej pory nalegał nie tylko, by napisała muzykę do jego filmu "Tańcząc w ciemnościach", ale także by zagrała w nim obok Catherine Deneuve główną rolę. Zrobiła to z wielkim oporem, wcielając się w postać Selmy, Czeszki, która przyjeżdża do USA, żeby zarobić pieniądze na operację dla tracącego wzrok synka. Widok stojącej przy prasie hydraulicznej Björk, z grubymi okularami na nosie, tak zapadł w serca jury, że uznano ją za najlepszą aktorkę festiwalu. "Tańcząc w ciemnościach" przyznano zaś Złotą Palmę. Na konferencji prasowej Björk oznajmiła, że ostatni raz zagrała w filmie. O powody tej decyzji i trudną współpracę z reżyserem pytali ją nasi specjalni wysłannicy, Stefan Woldach i Llpo Musto.

Co cię zafascynowało w postaci Selmy?

Nie wiem. Po prostu kiedy przeczytałam scenariusz, natychmiast wczułam się w jej sytuację. Utożsamiałam się z tą dziewczyną, chciałam stanąć w jej obronie. Jestem osobą bardzo prywatną, skrytą. Aby wcielić się w Selmę, musiałam ją pokochać. Inaczej bym sobie nie poradziła. A ponieważ najlepiej porozumiewam się z ludźmi przez dźwięki, nie słowa, zaczęłam pisać dla niej i dla Larsa von Triera muzykę.

Z początku von Trier prosił cię tylko o piosenki do ścieżki dźwiękowej. Potem zaproponował ci rolę Selmy. Jak do tego doszło?

Komponowanie muzyki trwało rok. Lars różnie reagował na moje propozycje, ale często mnie krytykował. On słabo się zna na muzyce, a ja zajmuje się nią od dwudziestu pięciu lat. Konflikty były więc nieuniknione. Poza tym inaczej odbieraliśmy Selmę. On ją widział jako osobę prostą, mało rozgarniętą, ja natomiast byłam zdania, że osoba prosta też może kochać poezję i na swój sposób mieć skomplikowane wnętrze. Lars uważał, że piosenki powinny być napisane prostym, dziecięcym językiem. Ja uważałam, że nie ma racji, bo Selma nie jest dzieckiem. Postępuje jak dziecko nieświadome otaczającego ją zła, ale jest dorosłą kobietą. Po roku pracy, ni stąd, ni zowąd, Lars zaczął nalegać, abym zagrała rolę Selmy. Tłumaczyłam mu, że to kiepski pomysł, nie jestem aktorką, lepiej niech znajdzie sobie kogoś w Hollywood. Jest uparta i mogłabym mu odmawiać dziesięć lat, ale nagle pomyślałam: czemu nie? Selma stała mi się bliska jak mało kto. Pokochałam ją. Poza tym znałam ją lepiej niż sam reżyser. Co było o tyle dziwne, że to on ją stworzył. W każdym razie z chwilą, kiedy powiedziałam "tak", zaczęłam się z nią identyfikować, żyć jej życiem. 

Czy von Trier zaskoczył cię swoją propozycją?

Jeszcze jak! Równie dobrze ja mogłabym go poprosić, żeby towarzyszył mi w trasie i przez dwa lata grał na saksofonie. Wyobrażam sobie jego reakcję! Wybauszyłby oczy i powiedział: "Ale nawet nie umiem trzymać saksofonu". A ja to co? Mam doświadczenie aktorskie? Nie było mi łatwo. Tym bardziej, że dobrych filmów jest sporo, a dobrych płyt niewiele. Na szczęście mój wysiłek nie poszedł na marne. Został doceniony, z czego ogromnie się cieszę. Oczywiście Lars mógł zaproponować tę rolę wielu aktorkom. Nie chciał. Powiedział, że czasem woli angażować ludzi, którzy mie są tak sprawni technicznie. Że woli podejście emocjonalne. Wcielenie się w Selmę zajęło mi dwa lata, potem musiał minąć rok, zanim się od niej uwolniłam i znów stałam się sobą. Po zdjęciach wróciłam na Islandię i przez dziewięć miesięcy dochodziłam do siebie. Jak rekonwalescentka.

Jakie filmy miały na ciebie wpływ, kiedy dorastałaś?

Właściwie to żadne. W dzieciństwie w ogóle nie chodziłam do kina. Chociaż nie. Raz do roku jechaliśmy do jedynego w mieście lokalu, gdzie sprzedawano hamburgery, kupowaliśmy sobie po jednym i szliśmy do kina na jakąś produkcję Disneya. Potem wracaliśmy do domu i czekaliśmy, aż powtórzymy to samo za rok. Ponieważ moja mama była hipiską, w domu nie mieliśmy telewizora. Uważała, że telewizja to "Antychryst" [śmieje się]. Zaległości filmowe zaczęłam nadrabiać znacznie później, jako dorosła osoba. Wolę filmy europejskie i azjatyckie. Kiedy szykowałam się do roli w "Tańcząc w ciemnościach", obejrzałam wszystkie musicale, jakie kiedykolwiek wyprodukowano. Jak widzisz, bardzo solidnie podeszłam do pracy. Ale film Larsa nie jest kontynuacją któregokolwiek z nich, ani odpowiedzią na nie; jest niepowtarzalny, jest czymś, czego nigdy dotąd nie nakręcono.

Opowiada o miłości matki do syna, o jej ogromnym poświęceniu. Czy fakt, że masz syna, nastolatka, pomógł  ci w odtwarzaniu postaci Selmy?

Z moim synem łączą mnie bardzo silne, wyjątkowe więzy. Przez trzynaście lat chłopiec wszędzie ze mną jeździł. Inne matki na osiem godzin dziennie oddają dziecko do przedszkola albo zatrudniają opiekunkę. Ja miałam szczęście, nie musiałam tego robić. Syn i ja zawsze byliśmy sobie bliscy. Ale teraz, kiedy wkracza w wiek dojrzewania, coraz rzadziej odnosimy się do siebie jak matka i syn, a coraz częściej jak przyjaciele. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy bliźniakami. Kiedy go urodziłam, byłam niewiele starsza niż on teraz. Tak, dziecko w życiu prywatnym zdecydowanie wpłynęło na moje relacje z chłopcem w filmie.

Podobno mówiłaś, że praca z Larsem von Trierem stanowi doświadczenie bolesne, intensywne, wyczerpujące.

Lars to ekscentryk, nieobliczalny człowiek o nieobliczalnych pomysłach. Najbardziej ze wszystkiego interesują go męczennicy. Współcześni męczennicy, którzy mają przeciwko sobie cały świat. Nakręcił o nich trylogię. Pierwszym filmem z tego cyklu było "Przełamując fale". Bohaterka, aby ratować męża, godzi się na życie w poniżeniu. Im bardziej cierpi, tym szybciej mąż wraca do zdrowia. Drugim filmem z tego cyklu byli "Idioci", a ukoronowaniem jest ostatni, "Tańcząc w ciemnościach". We wszystkich trzech dobre, wrażliwe kobiety cierpią i w końcu przegrywają. Ale ich ofiara nie idzie na marne.

W Cannes von Trier powiedział: "Jeśli ktokolwiek z was zobaczy Björk, powiedzcie jej, że wciąż ją kocham". Dość wzruszające wyznanie, prawda?

Wzruszające? Chyba nie. On się ze mną drażni. Lars i ja bardzo się od siebie różnimy, mamy inne wartości, inne poczucie tego, co wypada mówić i robić, a czego nie wypada. On, na przykład, chciał nakręcić film o kręceniu filmu. Tak jak to zrobił podczas kręcenia "Idiotów". Ten drugi film w dodatku okazał się dłuższy od pierwszego. Lars ma bzika na punkcie dokumentacji, prawdy. Podejrzewam, że ma go większość ludzi z pokolenia hipisów.

A ty nie?

Ja uważam, że nie ma jednej prawdy. Człowiek zmienia się w zależności od tego, z kim rozmawia. Inaczej się zachowuję, kiedy przebywam z moją babcią, inaczej, kiedy jestem z kochankiem, a jeszcze inaczej, kiedy jestem sama. Za każdym razem jestem autentyczna. Nie kłamię i nie oszukuję. Prawda ma wiele odmian i odcieni. Potrzeba dokumentacji u Larsa wynika z jego umiłowania prawdy. Bardzo to piękne. Ja także cenię prawdę, ale inaczej ją postrzegam. Gdybym rozebrała się do naga, niczego bym nie odsłoniła, żadnej prawdy o sobie. Dla Larsa nagość jest synonimem prawdy. Rozumiem jego podejście, ale się z nim nie zgadzam. Mogę być zapięta po szyję, a jednocześnie - naga emocjonalnie. Dlatego - w przeciwieństwie do Larsa - nigdy bym publicznie nie wypowiedziała słów "Kocham cię". Czułabym się zbyt obnażona.

Po zakończeniu zdjęć stwierdziłaś, że nigdy więcej nie zagrasz w filmie. Nadal to podtrzymujesz?

Wiesz, ja w ogóle nie zamierzałam grać. Nie jestem aktorką. Chciałam tylko napisać muzykę. Cały czas czuję, jak mój zegar tyka. Czas ucieka, a ja tak mało w życiu osiągnęłam. Tyle mam jeszcze do zrobienia jako kompozytorka i posenkarka. Podczas pracy nad "Tańcząc w ciemnościach", która trwała trzy lata, co pewien czas ogarniało mnie uczucie, jakbym grzeszyła. Albo miała potajemny romans. Z przrażeniem myślałam: co będzie dalej? Czy będę potrafiła wrócić do muzyki, która jest moim przeznaczeniem i miłością? Czy muzyka zaakceptuje mnie z powrotem? Czy zdradzając ją dla filmu, przypadkiem nie przekreśliłam wszystkiego, co liczy się dla mnie najbardziej?

Podobało ci się to doświadczenie?

Tak. Kiedy dostałam scenariusz, od razu zorientowałam się, że to będzie podróż przez piekło, a nie miła, lekka zabawa. Wiedziałam, co robię, w co się angażuję. A ponieważ mam taki a nie inny charakter, zawsze daję z siebie wszystko. Pracuję z pełnym poświęceniem, jakby to była sprawa życia i śmierci. Tak też było i w tym przypadku. Identyfikowałam się z Selmą, z jej bólem i wrażliwością. Natomiast nie identyfikowałam się z Larsem. Stale wybuchały między nami konflikty, które dotyczyły muzyki, nie mojej roli. Lars miał swoją wizję, ja swoją. Któregoś dnia, po bardzo wyczerpujących zdjęciach, padałam z nóg ze zmęczenia, a tu nagel okazało się, że duńska ekipa pozamieniała coś w moich piosenkach, bo jakś scena się skróciła, a jakaś wydłużyła. Wtedy się wściekłam. Byłam jak tygrysica, która walczy o swoje młode. Bo muzyka to moje życie i nie można w nią ingerować za moimi plecami. W sumie jednak jestem zadowolona z tego, że zagrałam w tym filmie. Wiele się nauczyłam.

Grałaś kobietę, która z dnia na dzień traci wzrok. Myślałaś o ludziach, którzy naprawdę dotknięci są ślepotą?

Bezustannie. Chociaż dla mnie najważniejsze są uszy. Słuch. Oczy... oczy się przydają, ale zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam zmysł słuchu. Znam osoby, które na widok pięknego górskiego krejobrazu dostają gęsiej skórki. Mnie się to nigdy nie zdarzyło. Natomiast kiedy słyszę dobrą muzykę, wtedy łzy napływaja mi do oczu, a po plecach przebiegają ciarki.

Co najbardziej w życiu kochasz?

W różnych okresach różne rzeczy. Ale zawsze: przyjaciół, rodzinę, Islandię, przyrodę, no i oczywiście ocean.

Kto się bardziej bał? Ty grająca u boku Catherine Deneuve czy ona śpiewając z tobą?

[śmieje się] Chyba żadna z nas nie bała się drugiej. Od pierwszego dnia panowały między nami sympatyczne, przyjazne stosunki. Może dlatego, że wokół działo się tyle różnych zwariowanych rzeczy, czułyśmy się sobie bliskie. Tak jak postacie, które odtwarzałyśmy w filmie. Catherine to wielka, wspaniała aktorka. Ja o aktorstwie nie mam zielonego pojęcia. Za to ona niewiele wie o muzyce. Uzupełniałyśmy się. Stawałyśmy w swojej obronie. W trakcie kręcenia filmu bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Kiedy wróciłam do domu po egzekucji, Catherine czekała na mnie. Pomogła mi odreagować tę scenę. Razem gotowałyśmy, gadałyśmy, opowiadałyśmy sobie dowcipy.

Co czujesz, kiedy teraz oglądasz film i słuchasz ścieżki dźwiękowej? Jesteś zadowolona?

Tak, chociaż... Nigdy dotąd mi się nie zdarzyło, żeby poświęcić jednemu przedsięwzięciu tyle czasu. Zawsze robiłam kilka rzeczy naraz. Na przykład, przez miesiąc współpracowałam z muzykiem grającym muzykę klasyczną, przez następny bawiłam się z rytmami techno czy muzyką elektroniczną. Jednocześnie ćwiczyłam głos, czytałam poezj i pisałam teksty piosenek. Moja praca jest wielotorowa, niezwykle absorbująca, ale ponieważ muzyka jest moją pasją, nie żałują ani jednej poświęconej jej chwili. Wielu ludzi poszło na łatwiznę, pociąga ich komercja. Szkoda. Marnują się. Ja tak nie potrafię. W każdym razie nie łatwo mi było zrezygnować ze wszystkiego, wyrzec się najróżniejszych przyjemności i żyć jak zakonnica, myśląc tylko o jednym: o filmie Larsa. Tak, to było bardzo trudne.

W filmie Selma pyta samą siebie: "Dlaczego tak bardzo kocham muzykę?". Czy Björk kiedykolwiek zadawała sobie to pytanie?

Owszem, zadawała. Wielokrotnie. Lecz nie znalazła na nie odpowiedzi. Po prostu kocham muzykę i już. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że istnieje. Może dlatego, że jest ponad wszystko. Że nie ma nic wspólnego z logiką, z myśleniem.

Nie tak dawno prasa donosiła, że tracisz głos. Podobno szukałaś ratunku w tradycyjnej chińskiej medycynie, w akupunkturze. A jednak Piosenki Selmy zaśpiewane są pięknie, czysto, głosem barwnym i silnym, takim jak dawniej.

Problemy z głosem zaczęły się u mnie pięć lat temu. Nawet dobrze się stało, bo nigdy wcześniej głosu nie ćwiczyłam. Nie pracowałam nad nim. Wydawało mi się, że wystarczy otworzyć usta i śpiewać. Że jest to sprawa intuicji, instynktu, a nie nauki. Uczyłam się innych rzeczy: punktualności, obsługi komputera, dobrych manier, mogłam ćwiczyć mięśnie brzucha, ale nie głos. Kiedy więc go straciłam, najpierw wpadłam w popłoch. A potem zrozumiałam, że struny głosowe się zdzierają. I że należy się z nimi właściwie obchodzić. Dzięki treningowi jestem teraz lepszą piosenkarką. Przekonałam się też, że nauka i instynkt często idą w parze. Jedno drugiego wcale nie musi wykluczać.

Jakie miejsce zajmują Piosenki Selmy w twoim dorobku?

Równie ważne jak poprzednie trzy albumy. Oczywiście w przeciwieństwie do nich, Piosenki Selmy nie są o mnie. Nie opowiadają o moich przeżyciach, uczuciach, przemyśleniach. Ale to niczego nie zmienia. Wcześniej, zanim nagrałam trzy solowe albumy, przez czternaście lat współpracowałam z innymi muzykami i też nie śpiewałam o sobie. Czasem miło jest być niewidzialnym, wcielić się w inną postać. Te piosenki to mój prezent dla Selmy.

Znów nagrywasz album solowy?

Tak, znów pracuję w studio z ludzmi, których znam. NIe muszę nikomu nic tłumaczyć, z nikim nie muszę się o nic wykłócać, nie muszę szukac żadnych kompromisów. Co za ulga! [śmieje się]. Ale przyznam się, że w głębi duszy lubię współpracować z innymi. Lubię spierać się, szukać najlepszych rozwiązań. Pod tym względem Lars jest taki sam. Mógł zatrudnić do swojego filmu dowolną aktorkę; wybrał mnie, ponieważ przekonał się, że należę do ludzi, którzy nie boją się prawdy. Jeżeli coś mi się nie podoba, nie milczę, nie kiwam pokornie głową, niczego nie owijam w bawełnę. Tak było podczas kręcenia Tańcząc w ciemnościach. Mówiłam, co myślę i jeżeli uważałam, że mam słuszność, usiłowałam przekonac do swoich racji Larsa. Dyskusje ciągnęły się godzinami, czasem bywały ostre. Ale na tym polega współpraca twórcza. Nie na chwaleniu, ale na wzajemnych starciach.

Jaki będzie ten nowy album?

Z twojego punktu widzenia pewnie podobny do poprzednich. W końcu Björk to Björk. Z mojego punktu widzenia zupełnie inny od tego, co dotąd robiłam. Inny od Selmy, a już całkiem inny od Homogenic. Piosenki do Homogenic pisałam w 1995 roku. Sześć lat to szmat czasu.

Jak mieszka się w Islandii?

Cudownie, ale to całkiem inny świat. Tam jest zupełnie naturalne, że taksówkarz stoi na rogu, przy straganie z hot dogami, i gada sobie z prezydentem. Przez sześćset lat byliśmy kolonią, toteż nie wytworzył się u nas żaden system hierarchiczny. Coś podobnego zuważyłam w Irlandii, kiedy odwiedzałam zespół U2. Dla zespołu pracuje czterysta osób; teoretycznie muzycy mają nad tymi ludzmi ogromną władzę, ale boją się tej władzy jak ognia. Nikomu niczego nie rozkazują. To typowe. Tak się dzieje, kiedy kraj przez tyle lat jest pod wpływem lub okupacją innego kraju. Rodzi się niechęć do władzy, do rządzenia, do arogancji, jaką to za sobą pociąga. Lubie pracować w Anglii, choć drażni mnie tamtejsza hierarchia. W Japonii jest tak samo. Wszyscy zasuwają jak dobrze naoliwione maszyny. U nas coś takiego nie występuje. Każdy jest indywidualistą. Wiesz, dlaczego Islandia nie ma wojska? Jak kiedyś powiedział nasz prezydent: my nawet nie potrafimy równo maszerować.

Podobno bardzo wcześnie zaczęłaś pracować?

Tak, mój ojciec działał aktywnie w związkach zawodowych. Uważał, że pieniądze trzeba zarabiać. Więc zaczęłam zarabiać już w wieku lat jedenastu. Sprzedawałam gazety, książki, jak w sagach islandzkich chodziłam od drzwi do drzwi, oferując to to, to tamto. Można powiedzieć, że jestem pracoholiczką. Ale nie narzekam. Mam wspaniałe życie, dużą rodzinę, duże grono przyjaciół. Chodzimy na swoje śluby, urodziny dzieci, pogrzeby. W porównaniu z innymi ludzmi, jesteśmy dość ekscentryczni. Cenimy wolność, swobodę. Każdy ma prawo być tym, kim chce. Nikt nie musi rezygnować ze swojej indywidualności, starać się na siłę upodobnić do innych.

Jakim byłaś dzieckiem?

Normalnym. Chociaż dość samotnym. Ale nie uważam samotności za coś negatywnego. Przeciwnie, samotność to dla mnie szczęście, euforia, raj. Większość społeczeństwa sądzi, że ludzie, którzy są sami, to jednostki smutne, przegrane, pechowe. A ja uważam, że to osoby zaradne i samowystarczalne. Gdybym miała wybrać najszczęśliwsze momenty swojego życia, dziewięć na dziesięć z nich pewnie przeżywałam w samotności.

Czy to prawda, że w podzięce za rozsławianie Islandii rząd podarował ci wyspę?

Plotki to straszna rzecz. Ktoś coś usłyszał, resztę sobie dośpiewa, a raczej dofałszuje. Mieszkam nad zatoką w Reykjaviku, w domu, który kupiłam dwanaście lat temu. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć wyspę na północy, z domem stojącym nad urwiskiem. Wyobrażałam sobie, że któregoś pięknego dnia kupię sobie coś takiego za moje ciężko zarobione pieniądzie. I nagle dostałam ofertę: rząd chce mi sprezentować wyspę. Odmówiłam. Pojawiło się mnóstwo artykułów w prasie brukowej, że zadzieram nosa. Musiałam się tłumaczyć, że nic nie zadzieram, że moja odmowanie wynika z żadnej arogancji; po prostu mam zwyczaj płacić za siebie, bo tak mne wychowano.

Czy dawna punkówa Björk pojechałaby do Cannes i przyjęła Złotą Palmę?

Dawna Björk nawet nie wiedziała, że coś takiego jak Złota Palma istnieje. Świat filmu naprawdę jest mi obcy. Zdjęcia kręciliśmy w Danii. Ciągle odwiedzali mnie przyjaciele, przyjeżdżali też przyjaciele Larsa, jakoś się wszystko toczyło i nagle po roku zrobiła się z tego wielka sprawa. Cannes, festiwal, nagrody. To było straszne. Nikt z nas nie miał ochoty tam jechać, być wśród tych sztucznych, plastikowych gwiazd. A potem, mniej więcej dwa tygodnie przed festiwalem, Lars i ja postanowiliśmy wybrać się razem. Z ciekawości. Zrobiliśmy to w stylu islandzkim - kupiliśmy sobie sztuczne perły, papierowe kapelusiki i inne takie bzdury. Z początku trzymałam się na uboczu, sceptycznie patrzyłam na wszystko. Później jednak zrozumiałam, ile ta nagroda znaczy dla Francuzów. Byłam autentycznie wzruszona. W restauracji zatrzymywali mnie staruszkowie, z przejęciem w głosie gratulowali mi, opowiadali, ze znają kogoś kto wygrał trzydzieści lat temu. I co? Miałam zachować się jak punkówa? Zresztą po tych trzech latach intensywnej pracy, kiedy dawałam z siebie wszystko, taka nagroda naprawdę potrafi uszczęśliwić.

Stefan Woldach i Llpo Musto 'Playboy' nr 12 (97) Grudzień 2000