Łabędzi szept

"Czuję, że jest we mnie wszechświat, który chcę wyrazić. Zawsze tam był, tylko nie tak łatwo  nauczyć się wydobywać go na zewnątrz. Przede mną jeszcze długa droga, ledwie dotykam tego, co słyszę w swojej głowie. Jednak dobrze mi idzie, więc dajcie mi jakieś 20 lat, a być może tam dotrę".

 

Od Björk do Björk

Trudno powiedzieć czy to dobrze wróży "Fluidowi" (i mnie samej), ale po roku istnienia zatoczyliśmy  koło. W zerowym, również październikowym, numerze naszego magazynu na okładce widniała Björk,  w środku zamieściliśmy obszerny artykuł o artystce. (również mojego autorstwa). Okazją do zeszłorocznego tekstu był album "Selma Songs". Dziś dorobek Islandki wzbogacony jest o kolejne dzieło: "Vespertine". Moja wiedza na jej temat poszerzyła się o bardzo istotne doświadczenie: zobaczyłam Björk na żywo, zarówno na koncercie, jak i na konferencji prasowej. Czas więc na uzupełnienie.

Na zimę "Vespertine"

"Vespertine" zaczęła powstawać jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad soundtrackiem do filmu "Tańcząc w ciemnościach". Björk po raz pierwszy wzięła na siebie prawie całą produkcję albumu. Zamknęła się z laptopem w chatce w islandzkich górach i ciężko pracowała (samotnie) nad aranżacjami i brzmieniem. Później, z pomocą programistów, przygotowała trzon wszystkich kompozycji. Dopiero potem dołączyli goście, którym gospodyni pozwoliła ponoć na dużą swobodę improwizacji. Najwięcej napracował się wieloletni przyjaciel i kolaborator, Guy Sigworth. Własne dźwięki dołożył również amerykański duet Matmos (piszemy o nich w tym numerze "Fluidu"), który towarzyszy Björk podczas trasy koncertowej - również w charakterze supportu. Matthew Herbert pomógł przy płycie przypadkowo - wpadł do studia z wizytą i akurat miał pomysł na brakujący beat. Kolejne nazwiska, jakie pojawiły się na 'Vespertine' to Thomas Knak (Opiate), nie po raz pierwszy Mark "Spike" Stent i Mark Bell oraz, odpowiedzialny za część aranżacji na "SelmaSongs", Vince Mendoza. Nową postacią w "björkowej" bajce jest harfistka, Zeena Parkins. Artystki spędziły razem przeszło 14 miesięcy, najpierw pracując nad płytą, później w trasie. To właśnie Zeena zainspirowała Björk do śmielszych improwizacji na nowym krążku.
Płyta "Vespertine" jest bardzo osobista. Autorka zachęca do słuchania jej w zaciszu domowym. Przy czytaniu książki przed kominkiem, najlepiej zimą. Na potwierdzenie, w piosence "Aurora", wyraźnie słyszymy stąpanie po śniegu, a wtedy Björk śpiewa:
"Napełniam usta śniegiem. Topnieje tak, że chciałabym roztopić się przed tobą."
Zimowy, wyciszony klimat albumu miał też wpływ na charakter promującej go trasy koncertowej.

Grenlandzki chór i domowa akustyka

Jedną z obsesji Björk jest muzyka chóralna. Przy płycie wspomagał ją 60-osobowy chór z Londynu. Udział tego chóru w całej trasie byłby zbyt kosztowny. Znalezienie odpowiedniego chóru w każdym z miast, gdzie ma odbyć się koncert - zbyt ryzykowne. Z tym dylematem Björk wyruszyła na drugie w jej życiu wakacje. "Początkowo chciałam pojechać na Antarktydę, ale ktoś powiedział mi, że mogę tam umrzeć". - opowiada. "Pomyślałam więc, że może to nienajlepszy pomysł na wakacje". Wybrała coś mniej ekstremalnego - Grenlandię. Na miejscu w witrynach miejscowych sklepów rozlepiła ogłoszenia o przesłuchaniach do chóru. Tym sposobem zaradna Islandka wynalazła grupę rubasznych kobiet z Grenlandii, które towarzyszą jej na wszystkich koncertach. Większość z nich po raz pierwszy opuściła rodzinną wioskę. Björk jest zachwycona: "To była intuicja. Idealny sposób na podtrzymanie arktycznego klimatu, który chciałam stworzyć na płycie".

Do tego, żeby powstał klimatu potrzebne były wyjątkowe miejsca: kaplica, teatr, kino. Paryski koncert odbył się w teatrze Grand Rex. Björk zarzeka się jednak: "To nie dlatego, że nagle stałam się religijna, albo, że uważam teraz swoją muzykę za ambitniejszą, poważniejszą. Nadal jestem dumna z tego, że robię muzykę pop dla zwykłych ludzi".

Różnica polega raczej na poziomie intymności. O ile album "Homogenic" był najbardziej ekstrowertycznym w karierze Björk, o tyle "Vespertine" jest jej najbardziej intymną płytą. Tak tłumaczy ten zabieg sama autorka: "Wszystko, co związane z 'Homogenic' z założenia było głośne i przesadzone. Łatwo byłoby nagrać teraz podobną płytę. Dla mnie wyzwaniem stało się zrobienie czegoś odwrotnego. 'W zestawieniu z 'Homogenic', 'Vespertine' jest szeptem". I dlatego nie pasuje do rockowych festiwali i sal koncertowych. Wybierając miejsca na koncerty, Björk szukała takich, w których "możesz szeptać, a to wciąż będzie brzmiało słodko jak czekolada". Jak przyznaje, jej celem jest koncert, na którym nie będzie potrzebowała mikrofonu. Zaśpiewa wtedy tak, jak to robi w domu.

Sztuka w trzech aktach

W Garnd Rex, mimo że mikrofony były konieczne, panowała kameralna atmosfera, moim zdaniem aż nadto dostojna. Pod sceną zasiadła 50-osobowa orkiestra. Na scenie przy harfie i klawesynie szalała Zeena Parkins, bujał się wspomniany chór, a duet Matmos majstrował przy swoich "maszynach" i .. własnych ciałach. Piosenkę "All Is Full Of Love" wzbogacił szelest głaskanych włosów, co wielu nieobecnym na występie supportu dało wiele do myślenia. Koncert został podzielony na trzy części - każdą przerwę kończył wzywający do sali dzwonek.
W pierwszej części Björk zjawiła się jako czarny łabędź. Była bez butów. Już wtedy publiczność ledwo mogła wysiedzieć na pluszowych fotelach. tak zachwycał każdy dźwięk i każdy ruch gwiazdy wieczoru. W pamięci na długo pozostanie wszystkim zwłaszcza druga część koncertu. Łabędź przybrał czerwone piórka przystrojone dodatkowo pobrzekującymi szkiełkami (a może dzwoneczkami). Swoim hispano-plemiennym tańcem Björk wprawiała je w rytmiczne dzwonienie. Co ciekawe, większość repertuaru stanowiły piosenki z poprzednich albumów, w tym sporo z "Debiutu". Trudno było oprzeć się wrażeniu, że właśnie te najwcześniejsze kompozycje, jak "Possibly Maybe", "Venus As A Boy", czy wykonane w finale "Human Behaviour" są absolutnie ponadczasowe i do dziś mają największą siłę. W nowych kompozycjach porażało z kolei natężenie emocjonalne każdego wyśpiewanego lub na wpół wyszeptanego dźwięku. Nawet ci, którzy zarzekali się, że Björk już się im znudziła, wyglądali na zaczarowanych.

Ogólnie mocna w gębie

Jest profesjonalistką na każdym polu. Widać, że konferencje prasowe ją peszą, ale radzi sobie z nimi rewelacyjnie. Czaruje dziennikarzy swoją skrupulatnościa drobiazgowością przy odpowiadaniu na każde pytanie. W Paryżu każdego pytania słuchała bardzo uważnie, po czym wypowiadała magiczne "OK" i przystępowała do (średnio) pięciominutowej odpowiedzi, często odbiegając od tematu i uroczo przepraszając za swoją gadatliwość. Nikt nie ziewał. Zarówno głos, jak i akcent Islandki są tak unikalne, że hipnotyzują słuchacza niczym przekaz kosmiczny. Dodatkowo jej wypowiedzi są często tak zaskakujące, że warto słuchać uważnie.
Na pytanie o jej stosunek do własnej kobiecości, Björk wyznała, że czuje się uprzywilejowana. Po namyśle dodała: "Ciężko jest być facetem. Współczuję im, zwłaszcza białym Amerykanom i Anglikom. Muszą chodzić na paluszkach, być mili dla wszystkich...". Niewygodnych pytań właściwie nie było. Czeska dziennikarka dość niefortunnie zapytała gwiazdę, czy miewa myśli samobójcze, jako że jej muzyka jest tak bardzo przepełniona emocjami... a skądinąd wiadomo, że jeden z fanów przysłał jej kasetę z nagraniem samobójstwa. Odpowiedź zabrzmiała neutralnie: "Samobójstwo jest nudne. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by to zrobić. To dobre dla tchórzy".

Zawsze chciałam zapytać Björk z jakiej pochodzi planety. Nie odważyłam się. Zapytałam, czy miewa powracające sny (w nawiązaniu do utworu "Heirloom") i czy śpiewa w snach. "Nie widzę siebie śpiewającej w snach". - odpowiedziała. "Oczywiście miewam sen, że właśnie stoję na scenie i pada nagłośnienie. Ale to taka typowa zawodowa paranoja. Czasem, po latach, wracają do mnie sny z dzieciństwa. Każdego ranka lubię wspominać, co mi się przyśniło. Wieczorem próbuję zgadnąć co mi się przyśni. Zawsze jestem zaskoczona".

O zaskoczenie coraz trudniej za to przy nowych produkcjach Björk. Charakterystyczna dziecięca maniera, na wpół improwizowane linie melodyczne osadzone na niemal niezmiennym balladowym tempie, przy pierwszym przesłuchaniu sprawiają wrażenie, że wszystko brzmi podobnie. Twórczość tej niezwykłej osobowości wymaga od słuchacza coraz więcej tolerancji i cierpliwości w podróży w głąb jej świata dźwięków i emocji. Inaczej jest na koncercie. Widząc uroczą Björk na scenie, odbierając wydobywane jej głosem dźwięki, raz przenikająco wysokie, innym razem niskie, niemal wyśpiewane szeptem, od razu komunikujemy się z jej emocjami. Bez względu na to czy jest to wykonanie z orkiestrą i chórem, czy "Anchor Song" zaśpiewane jedynie z akompaniamentem akordeonu.

O planetę zapytam następnym razem. Nadal wierzę bowiem, że Björk jest kosmitką, której udało się nawiązać wyjątkowy kontakt z ludzkością. Zresztą wśród odpowiedzi, jakie padły na konferencji prasowej   znalazłam częściowe potwierdzenie moich domniemań.
"Nigdy nie lubiłam słów. Kiedy byłam mała śpiewałam sama dla siebie w dziwnym języku złożonym z nieokreślonych dźwięków. Śpiewałam wtedy dla siebie i to mnie wypełniało. Dopasowanie słów do moich dźwięków było wysiłkiem podjętym po to, aby nawiązać komunikację z ludźmi. Nie żałuję tego".
My tym bardziej.

Oficjalna strona Björk prowadzona przez polskich fanów: www.bjork.digimer.pl

 

Kasia Nowicka 'Fluid' nr 11(12) październik 2001 

Dziękuję Kasi Nowickiej za zezwolenie na opublikowanie artykułu