recenzja: Tańcząc w Ciemnościach

T y p  M a c h i n y    R z e c z   k l a s y c z n a

Nie można tego filmu oceniać w konwencjonalnych kategoriach, w żadnej bowiem konwencji się nie mieści (włączając najbardziej radykalną Dogmę czy musical klasy b). Dla mnie ten film jest przede wszystkim żywym i bardzo szczerym kinem, które na równi przedstawia postaci, jak i aktorów. Nie oszukujmy się. Kto widząc na ekranie po raz setny Catherine Deneuve jest w stanie zdystansować się do jej osoby w takim stopniu, żeby zapomnieć, kim ona jest, i oglądać ją jako robotnicę w fabryce? A co dopiero Björk! W filmie wyczuwa się wszystki spięcia i konflikty, które towarzyszyły powstawaniu filmu. Są sceny, w których Björk gra skrajnie amatorsko (widać jej skrępowanie obecnością kamery lub nagłe wybuchy śmiechu). Wraz z postępem akcji popada jednak w jakiś trans, bezgranicznie utożsamia się ze swoją bohaterką i tworzy bajbardziej wstrząsającą i schzofreniczną kreację aktorską, jaką widziałem w kinie od długiego czasu. Kluczowa scena do zrozumienia Tańcząc w ciemnościach wydarzyłą się moim zdaniem nie na ekranie, ale tuż przed premierowym pokazem filmu, na czerwonych schodach festiwalowego canneńskiego pałacu. Pewna siebie Deneuve prowadziła pod rękę nieśmiałą i kompletnie zagubioną Björk. Była to niemal perfekcyjna parafraza scen z filmu, gdzie dobroduszna Katy (Deneuve) czuwa nad niemal zupełnie już niewidomą Selmą (Björk).

Rafał B. Niemojewski 'Machina' październik 2000

Dziękuje redakcji Machiny za zezwolenie na opublikowanie powyższego artykułu.