Björk "Telegram" Mother Records.

Niezwykle rzadko trafiają do nas nagrania z Islandii. Nie jest to kraj, który dyktuje tempo w muzycznym świecie. Wyjątkiem od reguły od dobrych kilku lat jest Björk. Kariera artystyczna tej trzydziestoletniej wokalistki rozpoczęła się bardzo wcześnie. W wieku jedenastu lat nagrała pierwszą płytę. Co prawda był to tylko zestaw piosenek dla dzieci, ale jednak. Gdy miała lat trzynaście, grała już na perkusji w zespole rockowym. Dwa lata później opuściła dom rodzinny i próbowała swoich sił jako wokalistka w grupie Tappi Tikarras (płyta 'Miranda' z 1982 roku). Zanim w drugiej połowie lat osiemdziestiątych zdobyła uznanie i popularność poza granicami rodzimej Islandii z grupą Sugarcubes, przewinęła się przez takie kapele jak Peyr czy Kukl. Sukces jednak odniosła dopiero z Sugarcubes. W 1992 roku zespół się rozpadł, a wokalistka Björk postanowiła rozpocząć karierę solową. Plany zrealizowała dosyć szybko, bo już w roku następnym światło dzienne ujrzał 'Debut'. Płyta zawierała dziwaczne, trudne do sklasyfikowania i opisania kompozycje. Cała teórczość Björk to jedna wielka mieszanka różnych stylów.
'Telegram', najnowsza propozycja islandzkiej artystki, zawiera zmiksowane wersje utworów z poprzedniej, drugiej solowej płyty 'Post'.
Wystarczy posłuchać początku albumu, aby przekonać się jak dziwna to jest muzyka. Zupełnie inny jest drugi utwór 'Hyperballad'. Cudowna ballada i te łkające smyczki. Znowu szerokie dzwięki przetworzone przez komputer. Chwila wytchnienia - to 'My Spine'. Śpiew Björk i dzwonki. Nic więcej. Ale to zaledwie dwie i pół minuty. Porządnie mnie zdziwiła kolejna kompozycja 'I Miss You'. Niby wszystko jak należy, aż tu raptem odzywają się... raperzy. A tfu!
'Isobel' to w miarę normalna, popowa piosenka. Znowu te smyczki... Ach jak przyjemnie... Końcówka płyty jest delikatna, że prawie niesłyszalna. Płyta potwierdza jak bardzo orginalną artystką jest Björk. W Islandii też potrafią. Na szczęście.

Andrzej Koneszko - 'Cogito' 31 stycznia 1997 r.