Lodowa panienka - wywiad z Björk

Nie ma na świecie artystki bardziej prześladowanej... przez paparazzich.

 

CKM: W ciągu ostatnich dwóch lat kilkakrotnie przekładano premierę twojej nowej płyty. Dlaczego tak długo zwlekałaś z wydaniem 'Vespertine' (Wieczorna)?

Björk: Chciałam nagrać coś, co różniłoby się zdecydowanie od muzyki z mojego poprzedniego albumu ('Homogenic' - red.) i musiałam na nowo określić swoje wymagania. Dla mnie ta nowa płyta jest ostateczną ucieczką od przeszłości.

Na czym ona polega?

'Homogenic' to była najbardziej ekstrawertyczna rzecz, którą zrobiłam w życiu. Aż sama byłam zaskoczona. 'Vespertine' jest jej całkowitym zaprzeczeniem. Ta płyta miała być, i jest, delikatna, intymna, szeptana.

Te płyty różni też brzmienie.

To prawda. W 'Homogenic' każdy dźwięk był bardzo wyrazisty. Podczas pracy nad 'Vespertine' dużo improwizowałam i choćby dlatego brzmienie jest znacznie mniej klarowne. Muzyka dobiego gdzieś z daleka, jest bardziej panoramiczna. Zależało mi na tworzeniu nie tyle piosenek, co muzycznych pejzaży.

W zeszłym roku, kiedy wszyscy czekali na 'Vespertine', zaskoczyłaś fanów albumem 'Selmasongs' - ścieżką dźwiękową do filmu Larsa von Triera.

'Selmasongs' nagrałam niejako przy okazji. Byłam już mocno zaangażowana w pracę nad nową płytą, kiedy dostałam tę propozycję. Wydała mi się interesująca i dość szybko mi to poszło. Ale mimo całej mojej sympatii do filmu, to była muzyka zrobiona na zamówienie, miała opisywać pewną wymyśloną postać. Natomiast 'Vespertine' jest płytą o mnie samej. I dlatego jest dla mnie bardzo ważna.

No właśnie, nagrałaś osobistą, kameralną płytę, a podczas koncertów towarzyszy ci orkiestra symfoniczna i kilkunastoosobowy chór żeński z Grenlandii. Nie kłóci się to ze sobą?

Nie sądzę. Orkiestrowe aranżacje tylko dodają smaku całości. Podobnie rzecz ma się z chórami. Swoją drogą, chóry to moja wielka pasja - często słucham płyt z muzyką chóralną, która mnie bardzo inspiruje. Utarło się, że dobre chóry mają tylko Rosjanie, Gruzini, Bułgarzy, azjatyccy mnisi... Doznałam olśnienia, kiedy usłyszamłam śpiewające kobiety z Grenalndii.

Jak je znalazłaś?

Miałam świadomość, że napisałam utwory na bardzo zimną płytę, znacznie zimniejszą niż sama Islandia. Zastanawiałam się więc: 'Co może być jeszcze bardziej arktyczne niż Islandia?' W pierwszej chwili pomyślałam o Arktyce, ale potem ktoś mi powiedział, że tamtejsza dieta i klimat mogą niekorzystnie wpłynąć na moją formę wokalną (śmiech). Uznałam, że nie będę ryzykować. No, i wpadła mi do głowy to Grenlandia. Pojechałam tam na wakacje, zresztą dopiero drugie w moim życiu. Na miejscu zobaczyłam plakat reklamujący występ tego chóru, poszłam go posłuchać i momentalnie się zdecydowałam. Przez następne dwa tygodnie ćwiczyliśmy cztery razy dziennie.

Dlaczego przeprowadziłaś się do Nowego Jorku?

Lubię mosty (śmiech). A mówiąc poważnie - nie mogłam znieść ciągłej ingerencji brukowców w moje życie prywatne. W Londynie nierzadko zdarzało mi się, że wracałam z jakiejś podróży, rozpakowywałam się, a po godzinie już byli pod moim domem paparazzi. Śledzono mnie i publicznie plotkowano na mój temat. W Nowym Jorku wreszcie mam spokój. Nikogo tu nie interesuje, z kim śpisz i w jakich skarpetkach chodzisz po domu.

Ciężko jest być sławną?

Ciężko to mają ludzie głodujący w Afryce. Ja mam wybór - jeśli jest mi ciężko, mogę wycofać się z tego biznesu. Mnie chodzi o coś innego: nie jestem w stanie w pełni poświęcić się sztuce, gdy ktoś podgląda mnie podczas gotowania obiadu.

wysłuchał: Maciej Wesołowski.

CKM nr 10 (40) październik 2001